Nareszcie w domu ;]
Cześć szczęśliwie dotarliśmy do Sanoka.
Jeden z najdłuższych wieczorów w Delhi zmęczył nas bardzo. Po całodziennych zakupach próbowaliśmy posiedzieć w klimatyzowanym holu w hotelu. Niestety siedzenie bezczynne po miesiącu nieustannego ruchu znudziło nam się po niecałych dwóch godzinach i pojechaliśmy na lotnisko. Port lotniczy stolicy Indii jak się spodziewaliśmy okazał się nie wiele lepszym miejscem od indyjskich dworców kolejowych. Może o drobinę bezpieczniejszym ;] bo przed głównym wejściem pod największą na lotnisku tablicą rozkładu odlotów ustawiono wieżę z worków z piasku a na niej stały ustawione prosto w czytających karabiny maszynowe.
Oczywiście sześć godzin przed odlotem to za wcześnie aby dostąpić zaszczytu wejścia na teren lotniska, więc musieliśmy jeszcze kolejne dwie godziny przeczekać w przechowalni ludzi. Oczywiście tematyka WC warta jest tu komentarza, gdyż w holu toalety stacjonowało aż pięć osób z obsługi, a poziom czystości był na poziomie marnego wychodka z Varanasi.
Po przeczekaniu udało nam się napić wyśmienitej kawusi z automatu i byliśmy już na lotnisku. Tam żeby nie poszło zbyt gładko ustawiono szereg bramek i dodatkowych kontroli, ale nam już było wszystko jedno.
W sklepie bezcłowym po raz pierwszy zobaczyliśmy alkohol w Indiach a nawet udało się zakupić i wypić na ławeczce po małym piwku dla odwagi przed ośmio godzinnym lotem.
W samolocie Kuba oczywiście, pomimo płaczącego przez całą tracę dwulatka, odsypiał ciężki dzień, a ja prawie całe osiem godzin oglądałem filmy, jeden za drugim. Lot minął szybko i szczęśliwie, lecz na lotnisku we Wiedniu czekała na nas smutna wiadomość, gdyż ekspedycja ratunkowa z Polski niestety miała awarię samochodu. Chłopaki mieli mniej szczęścia niż my, ich samochód odmówił posłuszeństwa pięćdziesiąt kilometrów przed Budapesztem. Usterka okazała się tak nietypowa, że nie udało się nic poradzić i zmuszeni byli powrócić do ojczyzny na lawecie
.
My natomiast nie tracąc czasu wsiedliśmy do podstawionego przed drzwi lotniska autobusu i z uśmiechem na widok cywilizacji pojechaliśmy na dworzec sudbanhof, skąd za kolejną godzinę odjeżdżał pociąg do Krakowa ;].
Los pilnował oczywiście żeby nie popaść w euforię i kilkadziesiąt kilometrów po starcie naszego intercity w wagonie w którym rozgościliśmy się wysiadły hamulce
Ku naszemu zdziwieniu awaria nie trwała zbyt długo, porzuciliśmy zepsuty wagon i w okrojonym składzie pojechaliśmy w kierunku domu.
W Krakowie czekała już następna ekipa ratunkowa w niezastąpionym modeno ;], a że modeno jest niezniszczalne to bezproblemowo dotarliśmy na wieczór do ulubionego Sanoka.
Gdy teraz z perspektywy mijającego tygodnia patrzymy wstecz, chciało by się powrócić jeszcze na szlak i poczuć wolność duszy. Dla tego już niebawem może na jesień uda nam się wyklarować kolejny plan na wyprawę roku 2009.
W najbliższym czasie jak tylko uporządkujemy ponad 40GB zdjęć dołączymy dla was ostateczną wersję galerii.
Do usłyszenia i do zobaczenia.
Romek i Kuba